Tytułem wstępu. Caravaggio

Czwartki to takie dni ostatnimi czasy, gdy udaje mi się wrócić z uczelni przed zmierzchem. W jeden z takich czwartków postanowiłam założyć bloga o sztuce, co było swego rodzaju intelektualnym kaprysem... choć mam nadzieję, że akurat ten się rozwinie i urośnie, a może nawet wyda jakieś kwiaty tudzież owoce. 

Nie bez powodu padają tu słowa owocowo-kapryśne. Również nie bez przyczyny postanowiłam zacząć od Caravaggia. Malarstwo klasyczne nigdy w sposób szczególny nie przyciągało mojej uwagi. Przygotowując się do matury, bo wtedy właśnie zaczęła się moja przygoda ze sztuką, wchodząc w kontakt (marny kontakt co prawda, albumowe reprodukcje, ale jednak) z tymi dziełami, nie doznawałam szczególnego poruszenia. Dopiero gdy doszłam do rozdziału o sztuce nowoczesnej, pojawiły się - że tak nieco zbanalizuję doznanie estetyczne - motyle w brzuchu. Teoretycznie jest tak do dzisiaj i choć mój ówczesny mistrz mawiał, że każdy zaczyna od realizmu, wydaje mi się, że w moim przypadku proces fascynacji będzie przebiegał w drugą stronę. Może jest w tym trochę winy dzisiejszego świata, trywializującego wszystko i wszystkich... Zapewne muszę dojrzeć do tego rodzaju sztuki, a póki co chwytam impresje, czynię z nich kaprysy i mam nadzieję, że określenie to nie ubliża Wielkim. 

Dlatego Caravaggio. Rozpoczęcie od artysty, którego mało znam, ale który zachwycił mnie w jednej sekundzie, jednym szczegółem, doskonale oddaje zamysł tego bloga. Niemniej jednak spodziewam się, że  w miarę zagłębiania się w historię sztuki, coraz częściej będę myślała o artystach nowożytnych.

Kosz z owocami, 1597
Nierzadko namalowanie martwych natur, takich jak Kosz z owocami z 1597 r., zajmowało artystom nawet ponad pół roku. Powód prosty, nie było wtedy kwiatów czy owoców na zawołanie. Zwłaszcza te pierwsze stanowiły towar deficytowy, podobno za cebulkę tulipana płaciło się krocie. Przedstawienie powyższe zachwyca oczywiście realizmem, prawdziwością każdego fragmentu martwej matury, zderzeniem głębi elementów i płaskości tła. Mnie jednak interesuje, jak motyw ten może funkcjonować poza ramami powyższego obrazu.

Wieczerza w Emaus, 1601
Wieczerza w Emaus, 1601 (fragm.)
Wieczerza to odrębny, również niezwykle fascynujący temat. Wystarczy spojrzeć, jak ten obraz nas wciąga, wpisuje w ramy, czyniąc nas treścią dodaną, tj. zapraszając do udziału w wydarzeniu. Uczestniczymy w wieczerzy, dopełniając kręgu postaci. Skróty perspektywiczne zacierają granicę dwóch światów. Jeden z apostołów za chwilę szturchnie nas, odsuwając krzesło. Św. Jakub rozwarł ramiona, a opuszki jego palców najbardziej dobitnie świadczą o tym, że jesteśmy już w obrazie - przecież niemalże czujemy ich dotyk na własnym ramieniu. Owoce natomiast w pewien sposób niepokoją. Gdy przyjrzymy się dobrze cieniowi pod koszem, wyda nam się, że ten za chwilę spadnie ze stołu... Teraz już kosz nieznośnie ściąga uwagę tylko na siebie. Nic dziwnego, podobnie jak krzesło czy palce św. Jakuba, przekracza granice obrazu i kieruje się ku nam.

Nicolas Poussin, Święta rodzina na schodach, 1648
Nicolas Poussin, Święta rodzina na schodach, 1648 (fragm.)
Przy okazji martwej natury Caravaggia warto zwrócić uwagę na ciekawy problem cytowania w malarstwie. Niesamowicie stymulujące zagadnienie, wymagające szerokiej orientacji w funkcjonowaniu poszczególnych motywów i tematów. Poussin parafrazuje Caravaggia, inaczej zaplata koszyczek, inne owoce w nim zakomponowuje, choć w ten sam sposób je sytuuje, wręcz podsuwa nam je tuż pod nos. Dodatkowo światło sprawia, że zdają się one wychodzić na przód, mimo że teoretycznie stoją na tej samej wysokości co dwa inne elementy po lewej, wtopione w schody szkatuła i puchar.