->

A teraz pytam książki tutaj ;)

Najlepsza pora roku na Paryż

Nie będę polemizować, jeśli ktoś stwierdzi, że Paryż pozostaje urokliwy przez cały rok. Choć jestem przekonana, że najlepiej rozsmakować się w tym mieście jesienią. Już sypię argumentami za tym właśnie czasem, przemycając trochę swojej filozofii podróżowania.

Długie śniadania mistrzów


Zacznę od tego, że w Paryżu pogoda zdaje się być o pół miesiąca cieplejsza niż w Polsce, zatem gdy na przełomie września i października polskie poranki bywają chłodne, to te paryskie - przyjemnie rześkie. To skłoniło mnie i moich przyjaciół do położenia akcentu na początek dnia. Nietypowo jak na wycieczki krajoznawcze, trzeba to przyznać, ale ta francuska przygoda była pozbawiona jakiejkolwiek presji. Nasze wewnętrzne poczucie wolności przejawiało się w późnym wstawaniu i nieśpiesznym gromadzeniu przy podniszczonym, ogrodowym stole. Nieodłączne bagietki, serki, gorąca herbata, a potem kawa, coś słodkiego przy akompaniamencie ptaków ukrytych wśród gałęzi drzew - nic piękniejszego.

Wynajmowaliśmy studio przy domu polskiej rodziny w podparyskiej miejscowości Aulnay-sous-Bois, z której bezpośredni dojazd do centrum RER-em zajmował niecałe 25min. Przyznam, że gdybym nie sprawdziła położenia, miałabym wrażenie, że znajduję się na dalekich obrzeżach samego Paryża, a nie na autonomicznym terenie. Komunikacja ze stolicą Francji była świetna, a sama miejscowość szalenie wielokulturowa. Wszystkie kolory skóry, potężna dawka folkloru z różnych stron świata, a w tym wszystkim bardzo gościnni Polacy. No i wyjątkowy spokój. Po 22 wszystko dawno pozamykane, rolety w oknach naciągnięte, cisza jak makiem zasiał. Także rankiem, podczas naszych relaksacyjnych śniadań, które z rozrzewnieniem będę wspominać, dochodziły nas pojedyncze dźwięki spokojnej sąsiedzkiej aktywności. Przeważnie melodyjna francuszczyzna. :)

Komfort i przyjemność zwiedzania


Nie da się ukryć, że po sezonie o wiele przyjemniej poruszać się po mieście lub wyczekiwać w kolejce do wejścia do Notre Dame czy Luwru - bo te przeważnie bywają symboliczne. Nigdy nie zapomnę porannych godzin spędzonych w tłumie pod wejściem do Watykanu w weekend majowy... albo pchającego się tłumu w Galerii Uffizi... Może to burżujstwo turystyczne, ale never again. Czy też plus jamais! Jesienią zwiedzanie typowych atrakcji w Paryżu jest o tyle wygodne, że nie jest jeszcze tak zimno, by bawić się w muzealne szatnie z zostawianiem kurtek i szalików, a jednocześnie nie jest już tak gorąco, by narzekać na temperaturę. W Luwrze i Muzeum Orsay, do którego wracaliśmy dwukrotnie, ilość ludzi była dokładnie taka, jak powinna - nie wyróżniasz się na tle pustej sali, ale też nikt cię nie dekoncentruje.

Filozofując trochę po drodze... Dla mnie zwiedzanie zabytków, kościołów, muzeów jest spotkaniem z artefaktem. Nie wystarczy ogarnąć całości wzrokiem. To zwykła powierzchowność. Chodzi o otwarcie się na konkretny bodziec dla wyobraźni i smaku. Poszukiwanie barwy, światła, faktury, czasem nic nieznaczącego detalu. To nie porównanie rzeczywistego wymiaru obrazu do reprodukcji z albumu przyciąga mnie do galerii. Jest to pragnienie bliskości spojrzenia, intymnego wyboru jednego elementu z całości, na którym wobec ogromu bogactwa wzrok, nie wiedzieć czemu, zatrzyma się na dłużej. Badawczo lub czule. Niewykluczone, że chodzi mi właśnie o tę prywatność, nawet intymność odkrycia. Wśród rzeczy, które są tak bardzo opatrzone, obejrzane przez ogromne ilości ludzi, szukam czegoś, co dostrzegę, a przez to wezmę niejako w chwilowe posiadanie, tylko i wyłącznie ja. Jest to zazdrosne spojrzenie. Dlatego tak erotyczna metaforyka wyjątkowo tu pasuje.





Obowiązkowe kawa i ciastko


Znów będzie o jedzeniu. Tutaj więcej niż tytuł mówić właściwie nie trzeba. Czy jest coś bardziej obowiązkowego w Paryżu niż chwila na kawę i pogapienie się na ludzi? Kawa i ciastko to nieodłączny element mojej filozofii podróżowania. Przez chwilę wahałam się, co jest ważniejsze, kawa czy ciastko. Kawa minimalnym ułamkiem intuicji wygrywa z ciastkiem, ale to ostatnie pozostaje wciąż nieodłącznym elementem towarzyszącym chwilom paryskiego relaksu. Na przykład takie magdalenki. Nie mam co prawda ich zdjęcia. Zakupione w sporym opakowaniu w najtańszej sieci sklepów spożywczych we Francji, Dia, polecam. Można zabrać ze sobą w trasę kilka magdalenek, a zaspakajają mały głód na jakieś pół godziny i są niezłym zastrzykiem energii. Uwielbiam magdalenki, to mój smak Francji. Bo kawa nie jest tam mistrzostwem świata. Jednak siedzenie w kawiarni z przyjaciółmi, świadomość takiego luksusowego dolce far niente w jednym z najpiękniejszych miast świata, spoglądanie na śpieszących paryżan i chwytanie ostatnich ciepłych promieni słońca - to jest już całkiem blisko mistrzostwa świata.


Romantyczne chwile


No cóż, trudno jest znaleźć w Paryżu typowych paryżan, zwłaszcza elegantki w beżowych prochowcach, czego to o nich świat nie słyszał. Prędzej można dostrzec w tym mieście orientalne księżniczki w powłóczystych szatach, barwnych turbanach, z brzęczącą biżuterią, zwłaszcza gdy powędruje się na północ od centrum. Natomiast wokół głównego zespołu zabytków, z Notre Dame na czele, mrowie kolorowych turystów różnej maści zalewa miejscowych zupełnie. Tak się dzieje przeważnie. Tymczasem jesienią - pora przypomnieć sobie, za czym argumentuję - gdy tłum przyjezdnych się przerzedza, gdzieniegdzie można dostrzec przejawy paryskiego stylu życia.

- Merci pour le café.
-  Tout le plaisir était pour moi, ma chéri.
- À bientôt!

Paryskie nokturny


Na koniec nawiążę jeszcze do naszego systemu zwiedzania na drugą zmianę, który tradycyjnym wycieczkowiczom, chcącym wycisnąć soki z każdej pory dnia, bez wątpienia wydałby się barbarzyństwem. System drugiej zmiany ma swoje wady związane przykładowo z nieprzyzwoicie krótkimi godzinami otwarcia muzeów (do 18-tej?!)... ale ma też zalety, zwłaszcza w stolicy sztuki nowoczesnej. Pamiętacie O północy w Paryżu W. Allena? Nie bez przyczyny, jak sądzę, reżyser osadził akcję artystycznych wycieczek głównego bohatera w nocnej scenerii. Prócz magicznej aury typowej dla stanu zawieszenia między snem a jawą, istotny jest fakt, że nokturn to typowo francuski wynalazek impresjonistów i ich spadkobierców włóczących się wieczorami ulicami miast. Zwłaszcza Paryża. Jak można odmówić sobie tej mistycznej atmosfery, gdy chowają się kolory, a szkic miasta staje się miejscami bliźniaczo podobny do fantazji o złotym czasie awangardy? :)


Niewątpliwie dzięki spójnej szacie architektonicznej Paryż przywołuje na myśl dawne czasy. Po dzielnicy łacińskiej można błądzić i błądzić, nie przestając zachwycać się subtelnym rytmem kamienic. Notorycznie pięć dni pod rząd przechodziliśmy po zmroku nieopodal Sorbony i to miejsce mam już zakodowane jako otulone mrokiem nocy i migotliwym blaskiem pobliskich kawiarni (zdjęcie powyżej). Wyludnione po 20 ulice tym bardziej zachęcały do zatrzymania się, przykucnięcia na chwilę na schodach przydrożnego kościoła i kontemplacji miasta.

Niełatwo było się też zgubić. Na przykład jadąc metrem. Nie w tę stronę co trzeba. Późnym wieczorem. Myśląc, że wraca się na już w stronę przesiadki na RER i na nocleg. A potem zupełne zaskoczenie. I zupełnie inne oblicze nocy.


Moi piękni mistrzowie.






Nie mam pomysłu na błyskotliwe podsumowanie. Jesień to najlepsza pora roku na Paryż i już. Chciałabym się o tym jeszcze wiele, wiele razy przekonać na własnej skórze.
 

Akademia Przyszłości - sukces czy porażka?

Krótka historia o tym, jak zmienić na lepsze kawałek świata i całego siebie.

Akademia Przyszłości przeprowadza dzieci od porażki w szkole do sukcesów w życiu. Oznacza to, że w programie biorą udział dzieci, które z jakichś względów w porównaniu z rówieśnikami wypadają gorzej - mogą być mniej uzdolnione, zamknięte w sobie i wycofane albo wręcz odwrotnie, żywiołowe i nie do okiełznania. Często bywa tak, że problemy w szkole wynikają z trudnej sytuacji w domu. Trudno przewidzieć, z jakim przypadkiem będziemy mieć do czynienia, ale jedno jest pewne w Akademii - nie ma przypadków beznadziejnych. ;)

Kim są wolontariusze?


Stroik na Dzień Babci
(również dla mojej babci :D)
W Akademii byłam zarówno wolontariuszem, który wcielał się w rolę Tutora współpracującego z dzieckiem, jak i Liderem Kolegium. Dwa lata temu pod koniec wakacji dość spontanicznie zgłosiłam się do roli superW, nie mając żadnego doświadczenia pedagogicznego. Niewiele też wtedy wiedziałam o Akademii. Dwa lata później miało się to zmienić niemal o 180 stopni, wtedy jednak lekko zestresowana przyszłam na spotkanie rekrutacyjne. Pamiętam, że ta rozmowa była bardzo sympatyczna i miałam wrażenie, że rekruterka naprawdę stara się mnie poznać. Dostałam się i niebawem wzięłam udział w jednodniowym szkoleniu w jednej ze szkół biorących udział w projekcie, gdzie poznałam kilkanaście innych osób, które zdecydowały się podjąć to wyzwanie. Przeważnie były to studentki, ale reprezentujące najróżniejsze kierunki, więc moje obawy związane z brakiem doświadczenia zniknęły. Kilka z tych osób spotkałam również potem w swoim Kolegium, które działało przy wybranej przeze mnie szkole pod opieką Liderki. Było nas łącznie dziesięć osób i spotykaliśmy co miesiąc, żeby omówić postępy w pracy z dziećmi i bieżące wydarzenia w Akademii.

Sama współpraca z wyznaczonym mi dzieckiem - kluczowa sprawa - okazała się sporym wyzwaniem! Dziewczynka, którą poznałam, na pierwszy rzut oka wydała się nieśmiała (ale już po lepszym poznaniu temperamentna i uparta), ponadto miała trudności w nauce niemal wszystkich przedmiotów, co trochę zbiło mnie z tropu. Powtarzano nam na szkoleniu, że nie jesteśmy typowymi korepetytorami. Tutor to rodzaj opiekuna, mentora dla dziecka, ktoś pomiędzy szkołą i nauczycielami a rodziną i przyjaciółmi. Jest to absolutnie wyjątkowa rola. Zadaniem Tutora jest poznać dziecko i znaleźć do niego "klucz", żeby się otworzyło. To dlatego skupiamy się na marzeniach i zainteresowaniach dzieci. Naszym celem staje się pokazanie dziecku, że marzenia są po to, by je spełniać, a trudną rzeczywistość, w tym sytuację szkolną i te nieszczęsne porażki, da się przy odrobinie wysiłku przekuć w szanse i możliwości.

Moja podopieczna chciała zostać w przyszłości malarką. Gdy przekonałam się, że standardowy scenariusz zajęć (czyli nadrabianie braków szkolnych, pomoc w pracy domowej) nie przejdzie, postawiłam na rozwój zainteresowań. Jak się zresztą okazało - naszych wspólnych zainteresowań. Wyszukiwałam w internecie inspiracje twórcze i starałam się, by na każdych zajęciach powstało jakieś dzieło, a im bardziej spektakularne, tym lepiej. Było więc dużo malowania, wycinania, klejenia i składania. Dla mnie stanowiło to również eksperyment - co spodoba się 10-latce? Za każdym razem była to dla mnie niezła zagwozdka!

Plany vs rzeczywistość. Kiepski pomysł, za dużo kolorów, za słaby efekt. :)



Wyjątkowo dobrym pomysłem okazało się być origami, ze względu na (dziwny) perfekcjonizm dziewczynki, który znajdował ujście w metodycznym składaniu papieru po linii. Ważny był też efekt, który powstawał po właściwym wykonaniu zadania. Magia sztuki origami. Myślę, że to było dla niej odkrywcze. Dzięki temu bardziej się otworzyła i chętniej współpracowała, zaś pytanie na dzień dobry: Co dziś robimy?, choć wciąż zdawkowe i podejrzliwe, utwierdzało mnie w przekonaniu, że właśnie tędy droga. :)

Kto pomaga wolontariuszom?


To oczywiście nie koniec mojej przygody z Akademią Przyszłości, a zerkając na swój pękający w szwach kalendarz z zeszłego roki, myślę, że to był tylko prolog. ;) W następnej rekrutacji zgłosiłam się do roli Lidera Kolegium i znów stawiłam się na spotkaniu rekrutacyjnym, gdzie poznałam Koordynator Wojewódzką, która osobiście rekrutowała swój zespół. To było bardziej profesjonalne spotkanie, ale również przy tej okazji miałam możliwość wypytać o szczegóły i swoje przyszłe zadania. Pierwszym z nich była... rekrutacja wolontariuszy do mojego Kolegium, czyli tym razem znalazłam się po drugiej stronie. :) Było to świetne doświadczenie, choć przyznam, że czasochłonne - kilkanaście spotkań trwających minimum godzinę, w czasie których starałam się jak najlepiej poznać chętnych do roli superW. Odpowiadałam również na ich pytania, chcąc jak najjaśniej przedstawić sposób działania Akademii.

Mała szkoleniowa wizualizacja: po lewej 12 Liderów na szkoleniu, po prawej ilość wolontariuszy w 12 przyszłych Kolegiach... Akademia to legion! :D

Najczęściej więc mówiłam o tym, że spotkania z dzieckiem trwają około godziny, choć zależy, jak idzie praca, często zajęcia są na tyle udane, że nie śledzimy czasu z zegarkiem w ręce, ale bywa też tak, że mamy słaby dzień, więc nic nie szkodzi na przeszkodzie, żeby skrócić spotkanie. Przeważnie odbywa się ono w szkole, ale jeśli mamy takie życzenie, to za zgodą opiekuna i po poinformowaniu Lidera możemy wyjść z dzieckiem na spacer, do kina, na basen, do galerii sztuki itd. Z rodzicami dziecka pozostajemy w stałym kontakcie i również dzięki temu zyskujemy jakąś wiedzę o naszym podopiecznym. W dużej mierze chodzi więc o pewną elastyczność i otwartość na drugiego człowieka. Tego typu szczegółowych informacji ma za zadanie udzielić wolontariuszom Lider. Głównym wyzwaniem dla Lidera Kolegium jest dobre poznanie swoich wolontariuszy i wybadanie, z jakim dzieckiem chciałby współpracować przyszły Tutor. Potem w porozumieniu z psychologiem szkolnym (tzw. Koordynator Szkolny) Lider dopasowuje do każdego wolontariusza wybrane dziecko.

Tym razem na szkoleniu dla wolontariuszy
pojawiłam się z drugiej strony :)
Uważam, że na każdym etapie ważna jest rozmowa. Ja za każdym razem pytałam wolontariuszy, jak wyobrażają sobie dziecko, z którym będą współpracować - chłopiec, dziewczynka, w jakim wieku, spokojniejsze, bardziej żywiołowe dziecko? Ze swojego doświadczenia (już) wiem, że nie każda dziewczynka jest spokojna i grzeczna. ;) W razie jakichkolwiek kłopotów - jest Lider i jest Kolegium. Wymarzone Kolegium? Takie, gdzie rozmawiamy i wzajemnie służymy sobie inspiracją, radą i wsparciem. Takie, w którym dzięki eventom dla wszystkich wolontariuszy, dzieciaków i rodziców (np. warsztaty świąteczne albo grupowe wyjście na mecz, do galerii czy nawet do kina) wszyscy się znamy i chcemy działać wspólnie. Wreszcie wymarzone Kolegium to takie, z którym trudno się rozstać... :))

Co to jest sukces?


Na każdych zajęciach wolontariusz pokazuje dziecku, że sukces jest w zasięgu ręki, wystarczy tylko zmienić optykę. Uczymy w ten sposób dzieci dostrzegać pozytywy, uczymy wygrywać. Co tydzień taki sukces wolontariusz i jego podopieczny zapisują w indeksie studenta Akademii Przyszłości. Lider ma wgląd w efekty pracy, trzyma rękę na pulsie, by w razie trudności wesprzeć wolontariusza, czuwa też nad tym, by spotkania odbywały się regularnie. I zapewniam, że sukcesy dzieci to nasze wspólne sukcesy. :) 

~ Franek świetnie poradził sobie z zadaniami z matematyki i z dużym entuzjazmem zaangażował się w zabawy, wygrywając ze mną w Chińczyka i w szachy. :)

~ Dominika potrafi już powiedzieć o sobie coś miłego, np. że jest dobra i koleżeńska.

~ W ramach nauki kreatywnego myślenia Wiktoria stworzyła długą listę przyczyn, dlaczego zebra jest w paski.

~ Amelka zbudowała domek i skrzata z plasteliny, po czym dała się przekonać do rozwiązania kilku zadań z matematyki.

~ Bartek zdobył 3 poziomy oraz stworzył swój dom w grze Minecraft.

~ Weronika stała się śmielsza i z chęcią rozmawiała. 

~ Rafał pierwszy raz w życiu napisał list.

~ Adrian i ja poznaliśmy nowe części miasta.

~ Julia wyraźnie mówi o swoich problemach (czego ja mogę się od niej uczyć).

A mój osobisty sukces to nowa pasja :)
To moje ulubione sukcesy, a było ich w ciągu zeszłego roku wiele, wiele więcej. Dla mnie samej była to niesamowita, bardzo rozwijająca przygoda, a najbardziej rozwijało oczywiście to, co było trudne. Kilka porażek nie przekreśli sukcesu. ;) Jednak największym powodem do dumy jest to, kiedy ludzie, którym pokazywało się od podstaw, na czym polega Akademia, zostają, by pomnażać dobro w następnej edycji. Niektórzy nie chcą rozstawać się ze swymi podopiecznymi, inni wchodzą w nowe role, podejmują kolejne wyzwania. To najlepszy dowód na to, że Akademia ma wpływ nie tylko na swych małych podopiecznych, ale i na wolontariuszy, którzy chcą jeszcze bardziej pomagać. To dowód, że wszyscy możemy mieć taki wpływ. :))


Czy jeszcze się wahasz? :)

www.superw.pl

Gildia Magów, T. Canavan - recenzja entuzjastyczna i portrety

Fantastyka to najlepsze, co mogło się przytrafić literaturze. To głębokie przekonanie wróciło do mnie po latach z całą mocą za sprawą małej, niepozornej książeczki.

Na własne życzenie jestem w dziedzinie literatury fantastycznej raczkującym amatorem. Krótko mówiąc, od dziecka fikcja w sposób znaczący wpływała na moje wewnętrzne przeżycia i dobrze pamiętam, jak rozpaczałam, że postacie z moich ulubionych filmów nie mogą przenieść się do realnego świata... ;) Kiedy podrosłam, miałam duże ambicje - dobre liceum, ciężka praca do matury, a potem wymarzone studia i plany związane z karierą akademicką. Przez cały ten okres starałam się nie tracić czasu na fantazjowanie, a poświęcić się zbieraniu faktów, katalogowaniu informacji, nauce... Mimo to od zawsze wiedziałam, że nastanie dla mnie czas, gdy świadomie przystąpię do poznawania niezmierzonych, fantastycznych lądów, których granice wyznacza jedynie wyobraźnia. Ku mojej uciesze, to się dzieje właśnie teraz!

Pewnego dnia sięgnęłam w księgarni po Gildię Magów autorstwa Trudi Canavan. Wybór był podyktowany zupełnie pragmatycznymi pobudkami. Szukałam czegoś kieszonkowego, by móc zapełnić czas w autobusie, a także czegoś taniego, bo wiedziałam, że będę strzelać w tytuł bez wcześniejszego researchu, ale przede wszystkim szukałam czegoś z magią w fabule. Padło na pierwszy tom trylogii Czarnego Maga. Książka opowiada o młodej dziewczynie pochodzącej z nizin społecznych, która w niespodziewanych okolicznościach odkrywa w sobie magiczne umiejętności. Kraina, w której żyje Sonea, nadzorowana jest przez magów, którzy nie pozwolą, by ktokolwiek o nadprzyrodzonych zdolnościach pozostawał poza ich kontrolą. Gdy więc dziewczynie z powodzeniem udaje się zaatakować magicznie jednego z nich, magowie decydują się ją odnaleźć i sprowadzić do gildii. Bohaterka, pewna, że grozi jej olbrzymie niebezpieczeństwo, podejmuje rozpaczliwą próbę ucieczki.

I nie zdradzając za wiele z fabuły tym, którzy jeszcze nie mieli do czynienia z Gildią..., powiem tylko, że ta ucieczka zajmuje większość książki, a w miarę podążania w ślad za bohaterką i jej przyjaciółmi, stosunkowo łatwo przewidujemy, jak to wszystko się skończy. Wiem, że dla entuzjastów gatunku ta pozycja nie jest wielkim odkryciem, a najwyżej udanym debiutem australijskiej autorki. Mimo to dla mnie było to objawienie. Na tyle, że stworzyłam kilka wizualizacji głównych bohaterów, którymi będę przeplatać tekst. Bo to właśnie oni stanowią o wartości książki. Wyjątkowo przemyślane charaktery, bez łatwych stereotypowych zagrań, ujawniające się spójnie w dialogach, zachowaniach i przeżyciach wewnętrznych, co sprawia, że ich obrazy z łatwością budują się w wyobraźni. Jako czytelnik czułam w tej materii tym większą swobodę kreacji, że nie znajdziemy zbyt wiele szczegółowych informacji o ich aparycji, a jedynie pojedyncze, charakterystyczne cechy jak krótkie, ciemne włosy Sonei czy wysoki wzrost maga Dannyla. Moim zdaniem, najgorsze, co może zrobić autor, to dawkować takie szczegóły na dużym obszarze tekstu i raz po raz burzyć wyobrażenie odbiorcy.

Mamy do czynienia z dwiema stronami konfliktu. Z jednej strony młoda dziewczyna ukrywająca się z pomocą przyjaciela Cery'ego w miejskich slumsach. To tam mamy okazję przyjrzeć się światu przedstawionemu przez autorkę, nierównościom społecznym i szeregu zależności, które pozwalają przetrwać w najgorszych dzielnicach miasta. Z drugiej strony zaś są magowie, których poznajemy w trakcie ich akcji poszukiwawczej. Magowie mieszkają wraz z rodzinami i służbą w Gildii, której sercem jest Uniwersytet kształcący nowicjuszy. Tu mamy do czynienia z polityką, ważne są zagrania dyplomatyczne i poprawność, a także czujność, czyli jednak podobnie jak w slumsach.

Poszukiwaniami kieruje mistrz Rothen oraz jego były podopieczny mistrz Dannyl. Ich tytuły kojarzą się z dawną strukturą uniwersytetów, po których ukończeniu studenci uzyskiwali tytuł mistrza, czyli magistra. To nawiązanie do historycznych struktur i cała atmosfera Gildii przywodząca na myśl dzisiejszy akademicki świat jest dla mnie wielką zaletą książki. Rothen i Dannyl współpracują i przyjaźnią się niczym dzisiejsi uczeni w obrębie katedry uniwersyteckiej. W trakcie lektury złapałam się nawet na tym, że darzę ich większą sympatią niż główną bohaterkę...


Kibicowałam zwłaszcza Dannylowi, w mojej ocenie świetnie skonstruowanej postaci. Dannyl jest niezwykle opanowany, rozmyślny w doborze strategii działania, a jednocześnie dynamiczny w wykonywaniu planu, doskonale rozkłada sytuacje na czynniki pierwsze i przewiduje motywy postępowania innych. Dodatkowo posługuje się poukładaną argumentację i eleganckim językiem. Sprytny, inteligentny, o nienagannych manierach, dyplomata. Jestem w chwili pisania tej recenzji już po drugim tomie trylogii, więc z ubolewaniem myślę o jego dalszych losach... aczkolwiek nie tracę sympatii względem tego bohatera.

Tytuł trylogii nawiązuje natomiast do postaci Wielkiego Mistrza Akkarina, który w pierwszej części nie odgrywa tak dużej roli, ale już w następnej jego obecność będzie... zdecydowanie wyczuwalna. :) Podoba mi się koncepcja magii, jaką proponuje Canavan. Podpatrując codzienne czynności magów, mamy wgląd w zasady jej działania. Interesująca była dla mnie zwłaszcza komunikacja mentalna, którą magowie mogą między sobą nawiązać. Kojarzy mi się to oczywiście z wszelkimi komunikatorami, do których dziś potrzebujemy jeszcze co prawda mediów, ale za jakiś czas dzięki zainstalowaniu w naszych organizmach specjalnych mikroczipów fora dyskusyjne i indywidualne konwersacje będą odbywały się z powodzeniem w naszych umysłach. Jak sądzę. Dla znawców fantastyki nie będzie to nic nowego, zresztą większość rozwiązań fabularnych i elementów świata przedstawionego nie jest, co trzeba przyznać, specjalnie nowatorska. Nie znajdziemy tu uniwersalnych prawd i ponadczasowej mądrości, ale dostrzeżemy problemy naszego świata zakamuflowane pod płaszczem autorskiej rzeczywistości. Całość, zwłaszcza jednak kolejny tom, broni się głównie ze względu na lekkie piórko autorki i sensownie poprowadzoną fabułę. Jest to, krótko mówiąc, świetna rozrywka dowodząca sprawnego warsztatu.

Najzabawniejsze selfie świata... z punktu widzenia miłośnika sztuki!


Bez wielkich wstępów - po pewnym czasie wracam do blogowania. Masa rzeczy się wydarzyła, ale ostatecznie zwyciężyła potrzeba ekspresji. Zatem bez patosu tym razem, a wręcz odwrotnie, bo z przymrużeniem oka, zaprezentuję moje absolutnie najlepsze ujęcia z wyprawy do Luwru i Wersalu. Są to jedne z najsłynniejszych, najwspanialszych świątyń sztuki.

Trochę dużych liczb w kolejności rosnącej. Dla ciekawostki spektakularny Luwr: ekspozycja licząca całe 537 obrazów została zainaugurowana w 1793 r. wolą Zgromadzenia Narodowego podczas rewolucji francuskiej. Dziś możemy podziwiać już 35 000 dzieł sztuki, ale to nic w porównaniu do aż 380 000 eksponatów, które ogólnie liczy sobie ta niezwykła kolekcja. Jest na co popatrzeć! Ale czy na pewno? Oto dlaczego lepiej zrobić sobie selfie! Tym razem w kolejności malejącej. ;)
 

Miejsce 4. Background dla nowej stylizacji  

Jak widać, w tym miejscu było naprawdę dobre światło. A jak wiadomo, naturalne światło wydobywa właściwy odcień barwy, gdy chcemy zaprezentować, jak pięknie kolor szminki współgra z tęczówką, jednocześnie korespondując z rozświetlaczem, którym muśnięte zostały policzki. Poza tym powiedziałabym, że bogato zdobiona rama obrazu i wykwintne marmury są odpowiednio ekskluzywnym tłem dla tego poncza, nadają mu charakteru retro łamane przez glamour. Na bogato, bez dwóch zdań. :)


Miejsce 3: Manifest - zdjęcia w lustrze są passé
Mam z każdej strony lustro, dokładnie 74 m ściany luster. Galeria zwierciadlana. Jest to doskonała sceneria, by przejrzeć się we własnym telefonie. :D Ta dziewczyna oczywiście przyjęła najlepszą perspektywę, widok po przekątnej robi tam niesamowite wrażenie. Te lustra były zresztą wyjątkowo pozbawione blasku i zmatowiałe - jestem w sumie ciekawa, czy w początkach swego jestestwa lśniły jak kryształy dookoła.


 Miejsce 2. Rodzinna selfie-grafia

Jeżeli robimy sobie pamiątkowe zdjęcia pod różnymi zabytkami architektonicznymi, to dlaczego niby fotka z Mona Lisą ma być oceniana inaczej? I to pytanie stawiam sobie na serio :P To jest fenomen, że ci ludzie niedługo będą wyglądać zupełnie inaczej, lecz dziewczyna dwadzieścia metrów dalej jest wiecznie młoda. Czyli stary dylemat Doriana Graya.


Miejsce 1. oraz mistrzostwo świata w dziedzinie akrobatyki muzealnej i podzielności uwagi! :D



Jestem pełna podziwu. Ta dziewczyna walczy nie tylko o to, by nie pominąć żadnej z cennych informacji płynących z autoguide'a, ale także o jak najlepszy kąt do swojego selfie. Wiadomo, że najlepiej wychodzimy, kiedy zdjęcia robione są od góry. Jeśli dziewczyna dobrze odmierzy kąt, to obejmie nawet stopę Napoleona. :) 


Oczywiście nikogo nie obrzucam kamieniami z tytułu spoglądania w inne strony niż cenne i jedyne w swoim rodzaju dzieła sztuki. Dobrze rozumiem, że mijając setny obraz z motywem kwiatka, można poczuć lekkie znużenie. Na szczęście zawsze można oglądać oglądających. ;)

#ProjektMagisterka: 7 grzechów głównych

Dwa lata seminarium w kontekście pięciu lat studiowania wydają się masą czasu - powód pierwszy. Promotor zbyt kochany, by wieszać nad studenciakiem miecz Damoklesa, to powód drugi. Jednak najważniejszą przyczyną siedmiu grzechów głównych przy pisaniu magisterki jest szeroko pojmowany brak wyobraźni, za którym idzie: zła organizacja, kiepskie planowanie, nierozkładanie w czasie zadań, spadek motywacji itd., itp.

Wszystkie siedem grzechów mam na sumieniu, więc wcale się zanadto nie wymądrzam (a jeśli tak, to ton ten jest podyktowany głęboką frustracją). Aczkolwiek już mądrości w postaci tablic motywacyjnych to lekcje rodem z Pinteresta, bo kto powiedział, że marnując czas na portalach obrazkowych, niczego się nie uczymy? Kilka z nich od niedawna wisi na mojej tablicy - tej prawdziwej, korkowej - ku przestrodze. :)





Gdzie byłam, gdy mnie nie było, czyli 2014

Z nostalgią zaglądam tu co jakiś czas od ostatniego postu opublikowanego niemal rok temu. Z nostalgią i trochę już zakodowanym lękiem ze względu na nieprzyjemne wspomnienia z moimi pierwszymi blogowymi przygodami, jeszcze na platformie Onetu, całe wieki temu, jak by się zdawało...

Wtedy to, za zupełnego młodu, a przynajmniej dekadę wstecz, jak wiele typowych nastolatek, marzyłam bardzo o napisaniu książki i tworzyłam ambitnie opowiadania publikowane w odcinkach w sieci. Nie do końca wiem, jak to się dzieje teraz, prócz tego, że obserwuję rosnącą popularność portali społecznościowych i obrazkowych, ale wtedy, gdy dzieci dostały się pierwszy raz do internetu, to jakoś tak kreatywniej spędzały tam czas. Niesamowicie popularne było fan fiction, pisało się to i czytało na potęgę. Oprócz książek rzecz jasna. Nie było tylu programów telewizyjnych, więc oglądało się mało odmóżdżaczy. Do znajomych dzwoniło się z telefonu stacjonarnego, poza tym chętniej wychodziło się na dwór, więc nawet intensywność kontaktów była zdrowsza.


Patrzenie jako lek na marazm

Krzysztof Sołowiej, fragment figury chłopca
Czasem bywa tak, że dopadają nas stany zobojętnienia. Człowiek snuje się z kąta w kąt, próbuje zająć czymś myśli - te jednak nie potrafią się nigdzie na dłużej zatrzymać, nie dają rady zapuścić korzeni. I nie wiadomo, czy to zwyczajny brak słońca, czy niepodatny grunt.

Czasami chciałoby się wtedy po prostu stać i patrzeć, zatrzymać wewnętrzny monolog, strumień wewnętrznych obrazów. Zdaje się, że coraz częściej robimy coś pozornie podobnego - z czymkolwiek nie mielibyśmy do czynienia, ciężko jest nam zareagować lub reakcja na to pozostawia wiele do życzenia. 

Ruchome obrazki w telewizji sterują naszymi oczami, głos z offu nie pozwala nam zstępować z wytyczonego przezeń szlaku, aż w końcu stajemy się ślepi na to, co nie zostało zawarte w narracji narzuconej nam z góry. To, że oglądanie telewizji jest czysto mechanicznym aktem, nie ulega dla mnie wątpliwości, jednak jeszcze gorzej wyglądają w tym świetle obrazkowe social media. Weźmy na chwilę pod uwagę zupełnie bezduszny Instagram. Na czym polega? Na poruszaniu się po swoistym łańcuchu obrazków na osi czasu i machinalnych decyzjach: podoba mi się, to klikam, podświetla się wtedy na czerwono ikonka w kształcie serduszka, nie podoba mi się - jadę dalej. Jednak nic nigdy nie spodoba mi się bardzo - nie będzie miało na to szansy, skoro uwikłane jest w sieć mnóstwa miniaturowych bodźców.
Zauważmy, że wszelkie te osie czasu i statystyki stanowią swego rodzaju nić, której nie potrafimy wypuścić z rąk, nie dlatego, że boimy się zguby w labiryncie - zwyczajnie nam się nie chce. Z czasem ta nić oplata się wokół naszych nadgarstków i najzwyczajniej w świecie przemienia w kajdany. 
Kontrola
Zatrzymać się świadomie i patrzeć, kontrolując tę świadomość. Czasem dać się ponieść bezmyślnej przyjemności spoglądania, czasem kierować wzrok podług własnego uznania. Jest to innymi słowy chęć ponownego przejęcia kontroli nad własnymi zmysłami. Pokonania marazmu i ubezwłasnowolnienia. Trzeba zauważyć, w jaki sposób patrzymy, by zacząć znów się przyglądać i obejmować przedmioty wzrokiem. Trzeba obudzić w sobie także pewną naiwność i dziecięcą ciekawość, a następnie wyobraźnię - ale to już kolejny etap.
Galeria sztuki zawsze jest idealnym miejscem na taką kurację. Jest to przestrzeń, która pozwala oczom na zdziwienie, na badania rządzące się własnym rytmem. Wyuczone spojrzenie ma tendencję do podążania szlakiem wiedzy - oglądam Giocondę, myśląc o osobie Leonarda. Jest to zupełnie pozbawione tej naiwnej, zmysłowej przyjemności, która niekiedy przyprawia historyka sztuki o wyrzuty sumienia - cichy zachwyt łagodną linią, bezpiecznym minimalizmem barw, grą świateł, które mogą znaczyć wszystko, ale w tym jednym momencie przyjemności nie znaczą zupełnie nic.
Krzysztof Sołowiej, Szósta nad ranem
Nie chciałam właściwie pisać o tym w kontekście wystawy Krzysztofa Sołowieja w lubelskiej Galerii Białej, choć właśnie te dzieła wywołały taką refleksję. Nad wejściem do jednej z sal wypisano motto: To, co potrafię zrozumieć, ani trochę mnie nie interesuje. Wydaje się, że nie chodzi jednak o niepodejmowanie żadnej próby zrozumienia, a o niekończący się proces interpretacji. Rzeźby Sołowieja są oszałamiające, pełne tajemniczych historii, które ukradkiem przebłyskują spomiędzy różnorodności wykorzystanych materiałów. Rzeczywistość, jaką wytwarzają, może być beztroska albo przerażająca, w zależności, kto w nią wkroczy i - jak się zdaje - ile z dziecka zachował w sobie. Wystawa niesamowicie intryguje. Przespacerowałam się wśród wystawionych obiektów, a przyjemność patrzenia wzięła górę, broniąc się przed lawiną sensów płynącą zewsząd dookoła.

Architektura współczesnego muzeum

Wobec różnorodności prezentowanych dziś dzieł współczesne muzea stają w obliczu problematycznego zagadnienia dotyczącego konstrukcji przestrzeni ekspozycji. 

Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, fot. wikipedia.org
Maria Popczyk we wstępie do antologii tekstów Muzeum sztuki stwierdza, że sztuka pierwszej połowy XX w. obrała sobie za właściwą do prezentacji dużych formatów malarstwa modernistycznego przestrzeń pustych i neutralnych wnętrz. Jednak w latach 60. postępująca krytyka kapitalizmu i instytucjonalizacji doprowadziła do swoistej rewolucji, w wyniku której architektura i wnętrza ekspozycyjne – w oparciu o teoretyczne refleksje kuratorów, historyków sztuki i filozofów – przeobraziły się w żywe, nowoczesne ośrodki.

 

(Bez)czas Sebalda i Strzemińskiego

W. Strzemiński, Kompozycja unistyczna 14, 1934
Za mną ciężki rok. Przede mną wakacje. Z długą listą lektur zaczynam książkowe przygody: niekiedy wracam do miejsc trwale wpisanych w zakamarki pamięci, innym razem wyruszam w nieznane. Nadrabiam zaległości narosłe już właściwie przez lata. A zaczynam od wielkiej literatury. 

Poznałam w tym roku prozę W.G. Sebalda, jednego z największych niemieckich pisarzy XX wieku. Najpierw sięgnęłam po powieść Austerlitz, następnie, od razu, gdy tylko znalazłam wolną chwilę, pochłonęłam zbiór opowiadań Wyjechali. Nieczęsto zajmuję się historiami związanymi z drugą wojną i holocaustem, które do niedawna jeszcze budowały świat, a dziś już powoli, powoli odchodzą w muzealne zapomnienie. O tym właśnie pisze Sebald. O poszukiwaniu prawdy o pojedynczych ofiarach, o Żydach, którzy stracili rodziny w obozach lub sami cudem uniknęli śmierci – z czym, paradoksalnie, muszą teraz żyć.

Żywe archiwum pamięci 

Tak osobiste historie zawsze budzą ciekawość, a jednocześnie posiadają pewien nieodłączny element – widmo granicy, po przekroczeniu której słuchacz czy czytelnik staje się intruzem na terenie prywatnym. W przypadku tych książek pojawia się jednak specyficzne uczucie bycia mile widzianym, w pewnym sensie bowiem stoimy u boku narratora. Jest on przeważnie badaczem czy poszukiwaczem, zarysowanym wyraźnie, choć też na tyle neutralnym, by nie odwracać uwagi od innych bohaterów. To oni stają się naszym wspólnym celem podróży pamięci. Opowieść narratora Sebalda przypomina niekiedy esej – ciągnie się nawet latami jak sprawozdanie z badań czy śledztwa. 

Dążymy zatem do prehistorii bohaterów w próbie odzyskania ich przeszłości. Bywa to niekiedy działanie wbrew ich woli, zwłaszcza w Wyjechali. Wolą oni może zabić tę pamięć w sobie, „wygasić zdolność pamiętania” (s. 145) – stąd tak wiele śmierci bohaterów, która bynajmniej nie jest przedstawiana jako tragedia i koniec wszystkiego. Oni jak gdyby tylko wyjeżdżają, nie odchodzą na zawsze. Fizyczna obecność nie jest tu kluczowa. Mamy u boku narratora moc sprawczą przywołania ich wraz z ich historiami. Świat jest tu zbiorem miejsc, świat pamięta tych, co wyjechali, dlatego przemierzamy go w poszukiwaniu tropów czy pamiątek. I odnajdujemy je. Liczne ilustracje włączone w tekst są dowodem istnienia nieobecnych. Najczęściej fotografie rodzinne, ale też zdjęcia miejsc czy osobistych drobiazgów to unaocznione fragmenty tamtych rzeczywistości. Budulec gmachu wiedzy, wizji przeszłości. Są równie ważne jak słowa opowieści, których wysłuchujemy. Razem to niespotykane, żywe archiwum.

Miejsca i czasy 

Wydaje się jednak, że głównej roli nie odgrywa tu żaden człowiek ani też uniwersalna postać. To czas jest materią rozważaną, a także w pewnym sensie głównym budulcem tej prozy. Jednocześnie nie jesteśmy pewni, czy czas w ogóle tu istnieje. Bo czy jest naprawdę obiektywny? Czy tak samo dotyczy każdego z nas? Czy płynie wszędzie tak samo? Może każdy żyje według swego czasu? Cokolwiek to znaczy. W pewnym momencie dochodzimy do wniosku, że może być to jakiś wymysł, sztuczny podział człowieka, taki wynalazek, dzięki któremu uzyskuje się wrażenie sensownych związków między zdarzeniami. Sebald zaś powiada, parafrazując, że są raczej poszczególne płaszczyzny, miejsca – a nie czas. W zbiorze Wyjechali natknąć się można na pewien bardzo symboliczny obrazek: nad zegarem widnieje napis „Moim polem jest świat” (s. 104). Zatem hierarchia, umiejscowienie (sic!) miejsca ponad symbolem czasu. Przypomina mi się tu moja własna prehistoria, czyli szkolne sale lekcyjne, gdzie na ścianie krzyż wisiał wyżej niż godło, oddzielając jak gdyby sacrum od profanum. 

W każdym razie obiektywnego czasu u Sebalda nie znajdziemy, natomiast miejsc jest wiele, jak i opowieści w opowieściach, w opowieści narratora (swoista incepcja). Wszystkie one rozgrywają się we własnym tempie, nachodzą na siebie, zazębiają się i przenikają jak wspomnienia czy myśli. Jednocześnie przemawia wiele osób – stajemy się świadkami świadków. Mistrzostwem świata są struktury zdaniowe, ich zmienny rytm, ich własny czas, można by powiedzieć, by po raz któryś kolejnym przypuszczeniem sobie zaprzeczyć. Oto bohater tytułowy, Austerlitz, opowiada nam o tym, czego dowiedział się o obozie Theresienstadt, w którym przebywała jego matka. Mówi o czymś, o czym wciąż nie potrafimy mówić, ucieka się więc do skrupulatnego opisu organizacji obozu, jego wyglądu, nazistowskiej akcji propagandowej – to wszystko są narastające szczegóły i wiemy, dla czego jego to przesłoną, dlatego biegniemy jak gdyby przez to opisywane miejsce, by wydostać się czym prędzej, a Austerlitz mówi i mówi, i mówi. Przecinki oddzielają myśli i obrazy, a wzrok czeka podświadomie na kropkę i koniec zdania, strony mijają, mijają kartki, przyspieszamy kroku, wędrując przez Theresienstadt. Wciąż doświadczamy miejsc, czas – jeśli istnieje – pogrążył się w chaosie.

Widzieć wszystko 

Z bezczasem wiele wspólnego ma też Władysław Strzemiński. Jeden z największych, obok Witkacego i rzecz jasna Chwistka polskich innowatorów i teoretyków sztuki pierwszej połowy XX wieku. Twórca unizmu. Twórca obrazów, które miały być wolne od czasu. 

Strzemiński zajmował się teorią widzenia. W jego rozumieniu, patrzenie na obraz to wręcz fizjologiczna czynność oraz zupełnie zmysłowa przyjemność. Zapomnijmy w tym momencie o tym, co wydaje się nam w sztuce ładne. To nie o to widzenie idzie. Oto stoimy sobie przed takim Matejką w krakowskim muzeum, patrzymy na płótno i myślimy: widzę obraz. Jest to oczywiście zdanie fałszywe. Niepodobna patrzeć na obraz Matejki! Chyba że metaforycznie, bo naprawdę widzimy zawsze tylko jakiś fragment wyodrębniony akurat z gąszczu kresek i kolorów. Wzrok jest zaabsorbowany, uwaga pochłonięta, wrażenie całości nabudowuje się przez pamięć, która składa te poszczególne fragmenty na całość płótna – obraz w ten sposób nas pochłania, panuje nad nami, ale nigdy odwrotnie. 

...a to tylko fragment Matejki, MNK
Czego chciał Strzemiński? Obrazów jako rzeczy do patrzenia, obrazów, które można objąć wzrokiem w całości. W pewnym sensie takich, nad którymi moglibyśmy dzięki temu zapanować. Funkcjonując w czasie, jesteśmy bowiem poruszani przez dziesiątki bodźców, nasza uwaga nie jest w stanie skupić się na jednej rzeczy w całości, a tylko bada ją z każdej strony, przesuwając wzrok to tu, to tam. Gdyby jednak rzecz taką wyjąć z ram czasu, możliwe byłoby ją opanować – w pewnym sensie – na raz, za jednym zamachem. Według malarza cała historia malarstwa zdominowana była manierą barokową, czyli szeregiem kontrastów na płótnie. Należały do nich zderzenia linii, konflikty kolorów, przede wszystkim zaś naczelny kontrast samego rysunku i koloru. Wszystko to powodowało niesamowity chaos, z którego wyłaniały się li tylko problemy i zagadki dla wzroku. Zatem wszystkie obrazy przed Strzemińskim (ze swymi dziesiątkami różnych planów, fragmentów, scen, postaci, motywów itd.) to stanowczo nie były rzeczy do patrzenia – bo najpierw trzeba było je odcyfrować, a potem dopiero zobaczyć jako całość.

Utopia w bezczasie 

W. Strzemiński, Kompozycja unistyczna II, 1931
Koncepcja unistyczna wyrasta więc z utopijnego pragnienia, by widzieć wszystko jednocześnie. Nie jest to możliwe w czasie, więc Strzemiński określa malarstwo jako sztukę przestrzeni (czasoprzestrzenna będzie zaś unistyczna rzeźba). Co to oznacza w praktyce? Czas objawia się jako ruch, dynamizm i kontrast – czas jest więc typowo barokowy. Dzieła unistyczne mają być tego wszystkiego pozbawione. Obraz bez czasu to obraz bez ruchu. W swym idealnym kształcie powinien stanowić jedność z powierzchnią płótna, tak by każdy centymetr kwadratowy był tak samo ważny. Kształty zrastają się ze sobą, tworząc absolutną jedność. Dochodzimy więc do plastyki czystej. 

Swoją drogą, niewątpliwie jest to wielka teoria, wielka myśl i osiągnięcie, zupełnie jak wielką literaturą jest proza Sebalda. Tamtej nie czyta się za jednym zamachem, zróżnicowanie opowieści i rytmu każe odrywać się od tekstu, uciekać i myśleć o czymś innym, ale jednocześnie pozwala rozsmakować się w każdym zdaniu. Równie ciężko przemóc się w przypadku Strzemińskiego, odrzucić natrętnie powracające (choć zupełnie nie na miejscu) pytania, typu: co to za obraz, który nic nie przedstawia? 

Przedstawienie czegokolwiek byłoby przecież uwikłane w czas, zatem nie moglibyśmy tego zobaczyć w całości. Widzenie jest fragmentaryczne, niepełne, subiektywne, nie prowadzi więc do prawdy. Smutnym wnioskiem jest, że wobec czasu człowiek pozostaje zupełnie bezradny, toteż zarówno Sebald, jak i Strzemiński, próbują przeskoczyć tę barierę poznania. Sebald jest subtelny, gloryfikuje przestrzeń, zmieniające się wyglądy rzeczy i relatywizuje zjawisko czasu. Strzemiński to radykał, wierzy w wyłączność przestrzeni. Interesujące jest to, dlaczego właściwie artysta przegrywa. Skoro ludzkie oko jest niedoskonałe, niezdolne ogarnąć całość obrazu coś przedstawiającego, to pozostaje stworzyć idealny obraz – dedukuje zapewne Strzemiński. Jeśli w dziele nie pojawią się sprzeczne bodźce rozpraszające proces widzenia, to oko ujrzy całość. Idealny obraz powstaje. Co dalej? Znów zawodzi oko, bowiem złudzenie optyczne nadaje wrażenie wypukłości i wibrowania elementów obrazu unistycznego. Wychodzi na to, że oko samo nadaje ruch, jak gdyby mówiło: czas jest mi niezbędny.

W. Strzemiński, Kompozycja unistyczna 14, 1934
Literatura
Sebald W. G., Austerlitz, tłum. M. Łukasiewicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007.
Sebald W. G., Wyjechali, tłum. M. Łukasiewicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005.
Jakimowicz I., Witkacy – Chwistek – Strzemiński. Myśli i obrazy, Warszawa 1978.

Ilustracje
własne
Strzemiński: artyzm.com